Brian Aldiss
Cieplarnia
. 9 .
D�ugo po ucichni�ciu okropnych
odg�os�w sze�cioro cz�onk�w grupy nie rusza�o si� z miejsca. Wreszcie Toy
usiad�a.
- Widzicie, do czego doprowadzi�o wasze niepos�usze�stwo -
powiedzia�a. - Stracili�my Grena. Teraz Fay nie �yje. Wkr�tce wszyscy zginiemy,
a nasze dusze zgnij�.
- Musimy wynie�� si� z Ziemi Niczyjej - odezwa� si�
pos�pnie Veggy. - To wszystko przez wysysola.
Zdawa� sobie spraw�, �e ponosi win� za zdarzenie z
o�miornic� piaskow�.
- Nigdzie si� st�d nie ruszymy - warkn�a Toy - dop�ki nie
zaczniecie mnie s�ucha�. Czy musisz umrze�, by to zrozumie�? Od tej chwili
b�dziecie robi�, co ja ka��. Zrozumia�e�, Veggy?
- Tak. - May?
- Tak.
- A wy, Driff i Shree?
- Tak - odpowiedzia�y, a Shree doda�a:
- Jestem g�odna. Toy wcisn�a swoj� dusz� g��biej za pas.
- Ruszajcie cicho za mn� - poleci�a. Prowadzi�a ich,
uwa�aj�c na ka�dy sw�j krok. Wrzawa morskiej bijatyki ju� cich�a. Kilka drzew
zosta�o wci�gni�tych w wod�. Jednocze�nie na brzegu leg�a sterta wodorost�w.
Zwyci�skie drzewa, jak�e �akn�ce pokarmu na tej ja�owej glebie, rozbiera�y je
teraz chciwie pomi�dzy siebie. Co� puchatego przemkn�o na czterech �apach obok
przekradaj�cej si� grupy i znikn�o, zanim si� po�apali.
- Mogli�my to zje�� - powiedzia�a gderliwie Shree. - Toy
obieca�a nam wysysola do jedzenia, a wcale go nie dostali�my.
Ledwo stworzenie zd��y�o znikn��, us�yszeli z tamtej strony
szuranie, pisk, odg�osy po�piesznego po�erania, wreszcie zapad�a cisza.
- Co� innego je zjad�o - wyszepta�a Toy - Rozproszy� si�,
podchodzimy No�e w d�o�!
Rozsypani w wachlarz przemykali przez wysok� traw�, radzi,
�e robi� co� po�ytecznego. Ten aspekt sensu �ycia rozumieli dobrze. Bez
trudno�ci wytropili �r�d�o kr�tkotrwa�ych odg�os�w ucztowania. �r�d�o jednak
znajdowa�o si� w pu�apce i nie mog�o umkn��. Z korony wyj�tkowo ko�lawego drzewa
zwisa� dr�g, zako�czony prymitywn� klatk� sklecon� z kilkunastu zaledwie pr�t�w.
Pr�ty wchodzi�y w grunt. Klatka zamyka�a m�odego aligatora, kt�remu pysk
wystawa� z jednej strony, a ogon z drugiej. Przy jego paszczy wala�y si� strz�py
sier�ci; resztki kud�atego stworzenia, kt�re grupa widzia�a przy �yciu jeszcze
pi�� minut temu. Aligator i ludzie wychylaj�cy g�owy z trawy mierzyli si�
wzrokiem.
- Spr�bujemy go zabi�. On nie mo�e si� rusza� - powiedzia�a
May.
- Mo�emy go zje�� - wtr�ci�a Shree. - Nawet moja dusza chce
je��.
Zabijaj�c aligatora, namordowali si� z powodu jego
pancerza. Przy pierwszym podej�ciu gad waln�� Driff ogonem, a� potoczy�a si� na
kup� kamieni i rozci�a sobie g��boko twarz. Sk�uli go z wszystkich stron i
o�lepili, os�abiwszy w ko�cu na tyle, �e Toy odwa�nie wsun�a r�k� do klatki i
poder�n�a mu gard�o. Gdy miota� si� w agonii, zasz�o co� dziwnego. Pr�ty klatki
unios�y si�, wyci�gaj�c z ziemi spiczaste ko�ce, a ca�a konstrukcja z�o�y�a si�
na kszta�t d�oni. Prosty dr�g nad urz�dzeniem zwin�� si� w kilka zwoj�w i wraz z
klatk� znikn�� w zielonych ga��ziach drzewa. Grupa porwa�a swego aligatora i z
okrzykiem przera�enia umkn�a. Klucz�c w�r�d ciasno st�oczonych pni drzew,
wyszli na go�y wyst�p skalny. Wygl�da� na bezpieczne schronienie, tym bardziej
�e obrze�a�a go miejscowa odmiana kolczastego sucho�wistu. Przycupn�wszy na
skale, rozpocz�li sw�j niezbyt apetyczny posi�ek. Nawet Driff wzi�a w nim
udzia�, chocia� twarz jej wci�� krwawi�a w miejscu rozci�tym przez kamie�. Ledwo
pu�cili w ruch szcz�ki, w pobli�u zabrzmia�o wo�anie Grena o pomoc.
- Czeka� tu i pilnowa� �ywno�ci - rozkaza�a Toy. - Poyly
p�jdzie ze mn�. Znajdziemy Grena i przyprowadzimy go tutaj .
Tak nale�a�o post�pi�. Tylko g�upcy ruszali w drog� z
zapasami jedzenia, sam marsz by� ju� ryzykowny. Okr��ywszy sucho�wist, Toy i
Poyly ponownie us�ysza�y wo�anie wskazuj�ce im kierunek. Obesz�y stanowisko
fio�kowor�owego kaktusa i natkn�y si� na Grena. Le�a� twarz� do ziemi,
rozp�aszczony, pod drzewem podobnym do tego, przy kt�rym zabili aligatora, jak
�w gad zamkni�ty w klatce.
- Och, Gren! - krzykn�a Poyly. - Jak bardzo st�sknili�my
si� za tob�!
Bieg�y ju� ku niemu, gdy z konar�w pobliskiego drzewa
wychyli�o si� w kierunku Grena pe�zaj�ce pn�cze o wilgotnej czerwonej paszczy na
ko�cu, jaskrawej niczym kwiat, jadowitej z wygl�du jak wargokap. Paszcza si�ga�a
do jego g�owy. Poyly odczu�a przyp�yw tkliwo�ci dla Grena. Bez namys�u skoczy�a
i uczepi�a si� nadci�gaj�cego pn�cza, jak najdalej od jego mi�sistych warg.
Wyci�gn�wszy �wie�y n�, przeci�a pulsuj�c� pod palcami �odyg� i zwinnie opad�a
na ziemi�. Z �atwo�ci� unikn�a paszczy, kt�ra teraz podrygiwa�a na dole,
bezu�ytecznie zamykaj�c si� i otwieraj�c.
- Uwaga, Poyly, nad tob�! - krzykn�a ostrzegawczo Toy i
rzuci�a si� naprz�d.
Zaalarmowany ju� niebezpiecze�stwem paso�yt uruchomi� pe�en
tuzin swych pe�zaj�cych paszczy. Barwne i �mierciono�ne, ko�ysa�y si� nad g�ow�
Poyly. Lecz Toy by�a u jej boku. Ci�y z wielk� wpraw�, a� ca�y sok wyciek� z
ran pn�cza, a odr�bane paszcze leg�y u ich st�p, chwytaj�c bezsilnie powietrze.
Refleks ro�lin nie nale�a� do najszybszych we wszech�wiecie, by� mo�e dlatego,
�e rzadko pobudza� go b�l. Dysz�c ci�ko, obie dziewczyny po�wi�ci�y ca�� uwag�
Grenowi, wci�� przygniecionemu klatk�.
- Dacie rad� mnie wydosta�? - zapyta�, spogl�daj�c na nie
bezradnie.
- Jestem przyw�dczyni�. Jasne, �e dam rad� ci� wydosta� -
powiedzia�a Toy. Korzystaj�c z do�wiadczenia, jakiego naby�a podczas rozprawy z
aligatorem, zauwa�y�a: - Ta klatka jest cz�ci� drzewa. Spowodujemy, �e si�
cofnie i uwolnimy ci�.
Przykl�kn�a i zacz�a pi�owa� no�em pr�ty klatki. Na
terytorium opanowanym przez figowiec, wszechprzyt�aczaj�cy pok�adami swej
zieleni, g��wnym problemem dla gatunk�w po�ledniejszych by�o rozmna�anie
w�asnego rodzaju. Pomys�owo rozwi�za�y t� spraw� takie ro�liny jak sucho�wisty,
rodz�ce cudaczne g�uszki, czy pud�op�on, kt�ry obr�ci� swoje torby nasienne w
or�. Nie mniej pomys�owo radzi�y sobie ro�liny w swoistych warunkach Ziemi
Niczyjej. Rozmna�anie by�o tu nie tak trudne jak wy�ywienie, co wyja�nia�o
ca�kowicie odmienno�� tych banit�w z wybrze�a od ich kuzyn�w z g��bi l�du.
Niekt�re drzewa, jak namorzyny, wesz�y w morze i �owi�y zab�jcze wodorosty na
naw�z. Inne, jak wierzbomordy, przej�y zwyczaje zwierz�t, poluj�c na spos�b
drapie�c�w i �ywi�c si� padlin�. Natomiast d�b, w miar� up�ywu milion�w
s�onecznych lat, przekszta�ci� zako�czenia niekt�rych ga��zi w klatki i chwyta�
zwierz�ta �ywcem, karmi�c wyg�odzone korzenie ich odchodami, a nast�pnie
rozk�adaj�cym si� �cierwem, kiedy ju� ofiary pad�y z g�odu.
Toy nie mia�a o tym zielonego poj�cia. Wiedzia�a jedynie,
�e klatka Grena powinna pow�drowa� do g�ry, tak samo jak tamta z aligatorem. Z
uporem odrzyna�a pr�ty wspomagana przez Poyly. Pracowa�y kolejno przy ka�dym z
nich. By� mo�e d�b uzna� poczynione uszkodzenia za wi�ksze, ni� w istocie by�y,
bo nagle wyci�gn�� pr�ty z ziemi i ca�e urz�dzenie odskoczy�o w konary nad ich
g�owami. Nie bacz�c na tabu, dziewcz�ta z�apa�y Grena i pobieg�y z nim do reszty
grupy
Zn�w szcz�liwie po��czeni jedli mi�so aligatora,
wystawiwszy na ten czas stra�e. Gren opowiedzia� im nie bez pewnej che�pliwo�ci,
co widzia� wewn�trz gniazda mocarmit�w. Przyj�li to z niedowierzaniem.
- Mocarmity nie s� na tyle inteligentne, aby dokona� tego
wszystkiego, o czym m�wisz - stwierdzi� Veggy.
- Widzieli�cie wszyscy wie��, kt�r� wybudowa�y
Siedzieli�cie na niej.
- W lesie mocarmity nie s� takie m�dre - powiedzia�a May,
popieraj�c jak zwykle Veggy'ego.
- Nie jeste�my w lesie - odpar� Gren. - Tutaj dziej� si�
inne rzeczy. Okropne rzeczy.
- Dziej� si� tylko w twojej g�owie - zadrwi�a May. -
Opowiadasz nam o tych nieprawdopodobnych rzeczach, aby�my zapomnieli, �e �le
post�pi�e�, nie us�uchawszy Toy. Sk�d by si� wzi�y pod ziemi� okna do
wygl�dania w morze?
- M�wi� wam tylko o tym, co widzia�em - powiedzia� Gren.
Z�o�� go ju� bra�a. - Na Ziemi Niczyjej wszystko jest inne. Tak ju� jest. Wiele
mocarmit�w mia�o te� okropn� grzybow� naro�l, jakiej nigdy przedtem nie
widzia�em. Od tamtej pory jeszcze raz spotka�em si� z tym grzybem. Jego wygl�d
nie wr�y nic dobrego.
- Gdzie go spotka�e�? - zapyta�a Shree.
Gren podrzuci� do g�ry, a nast�pnie z�apa� dziwnego
kszta�tu szkie�ko, robi�c pewnie przerw� dla stworzenia napi�cia - a mo�e nie
mia� zbyt wielkiej ochoty wspomina� swej ostatniej przeprawy.
- Kiedy z�apa�a mnie drzewo�apka - podj�� - spojrza�em w
g�r� mi�dzy konary Tam ujrza�em w�r�d li�ci co� przera�aj�cego. Nie mog�em si�
zorientowa�, co to jest, dop�ki si� nie poruszy�y li�cie. Wtedy zobaczy�em jeden
z tych grzyb�w, co to je widzia�em na mocarmitach; wyrasta� z drzewa i ca�y
po�yskiwa� jak oko.
- Tutaj za du�o stworze� niesie �mier� - powiedzia�a Toy -
Musimy ju� wraca� do lasu, gdzie b�dziemy �y� szcz�liwie. Wstawajcie.
- Daj mi ogry�� ko�� - zaprotestowa�a Shree. - Niech Gren
sko�czy opowie�� - doda� Veggy.
- Wszyscy wstawa�. Dusze za pas i robi�, co ka��. Gren
wsun�� za pas swoje dziwne szkie�ko i zerwa� si� pierwszy, aby pokaza�, jak
bardzo przestrzega dyscypliny. Inni r�wnie� si� podnie�li, gdy nagle przemkn��
nad nimi czarny cie�: dwa lotniaki sczepione w �miertelnej walce
przekozio�kowa�y w powietrzu.
Wiele rodzaj�w ptakoro�li przelatywa�o ponad sporym terenem
Ziemi Niczyjej - zar�wno te �eruj�ce w morzu, jak i na l�dzie. Mija�y j� bez
przysiadania, dobrze wiedz�c o czyhaj�cych tu zasadzkach. Z��czone w �miertelnym
pojedynku lotniaki zapomnia�y o bo�ym �wiecie. Z trzaskiem wyr�n�y w korony
drzew nieopodal grupy W jednej sekundzie Ziemia Niczyja o�y�a. Wyg�odnia�e jak
wilki rozjuszone drzewa wyci�gn�y wij�ce si� ga��zie. Rozplot�y si� uz�bione
dzikie r�e. Gigantyczne mchy potrz�sa�y brodatymi g�owami. W�drowny kaktus
podkrad� si� i wystrzeli� swoje kolce. Pn�cza ciska�y kleiste bolas na
przeciwnika. Podobne do kot�w stworzenia, kt�re Gren widzia� w kopcu mocarmit�w,
�mign�y ko�o nich i wspi�y si� na drzewa, by zaj�� pozycje do ataku. Wszystko,
co potrafi�o si� rusza�, by�o w ruchu, p�dzone g�odem. W mgnieniu oka Ziemia
Niczyja zmieni�a si� w jedn� wielk� machin� bojow�. Ro�liny pozbawione
jakichkolwiek mo�liwo�ci ruchu dygota�y w oczekiwaniu najn�dzniejszego cho�by
okrucha. K�pa sucho�wistu, przy kt�rej zaleg�a dr��ca ze strachu grupa, z
niecierpliwo�ci� potrz�sa�a kolcami. Ma�o szkodliwy w swym normalnym �rodowisku
sucho�wist sta� si� bardziej agresywny z konieczno�ci wykarmienia w�asnych
korzeni. Nadziewa� wszystko, co podesz�o mu pod kolce. W podobny spos�b setki
innych nieruchomych ro�lin, ma�ych, lecz uzbrojonych, szykowa�o si� nie na
lotniaki, ale na powracaj�cych �owc�w, kt�rzy mogli zab��dzi� na ich �cie�k�.
Pojawi� si� olbrzymi wierzbomord, wywijaj�c dobytymi na �wiat�o dzienne mackami
korzeni. Przebijaj�c si� na powierzchni�, sypa� piachem i �wirem z og�owionej
korony Niebawem on te� wzi�� si� za bary z nieszcz�snymi lotniakami,
drzewo�apkami, z ka�dym w gruncie rzeczy stworzeniem, kt�re obra�a�o go tylko
tym, �e istnieje. Powsta� jeden wielki zam�t. Lotniaki nie mia�y najmniejszej
szansy
- Patrzcie, tam jest jeden z tych grzyb�w! - wykrzykn��
Gren i wskaza� palcem.
W�r�d kr�tkich, w�owatych ga��zi w koronie wierzbomordu
wyrasta� upiorny grzyb. Gren widzia� go nie po raz pierwszy od upadku lotniak�w.
Jego �lady widnia�y na paru przemykaj�cych ko�o nich ro�linach. Gren zadr�a� na
jego widok, kt�ry mniej poruszy� jego towarzyszy Ostatecznie �mier� ma wiele
twarzy, o czym wiedzia� ka�dy: tak ju� jest.
Z pola walki lecia�y na nich patyki. Po lotniakach nie by�o
ju� ani �ladu, mi�dzy biesiadnikami trwa� b�j.
- Jeste�my za blisko nieszcz�cia - powiedzia�a Poyly.
Ruszajmy.
- Sama mia�am to w�a�nie zarz�dzi� - odezwa�a si�,
sztywniej�c, Toy.
Pozbierali si� i ruszyli tak, jak to by�o mo�liwe. Teraz
wszyscy uzbroili si� w d�ugie kije i posuwali, macaj�c nimi przed sob� na
wszelki wypadek. Straszne okrucie�stwo wierzbomord�w stanowi�o mro��ce serca
memento. Przez d�u�szy czas maszerowali, pokonuj�c przeszkod� za przeszkod�, co
krok ocieraj�c si� o �mier�. W ko�cu sami zostali pokonani przez senno��.
Znale�li zwalon� k�od� z dziupl� w �rodku. Przep�dzili z niej kijami jadowite
li�ciaste stworzenie i przytuleni do siebie zasn�li we wn�trzu z poczuciem
bezpiecze�stwa. Obudzili si� wi�niami. Obie kraw�dzie szczeliny po��czy�y si�
ze sob�. Driff, kt�ra obudzi�a si� pierwsza i to odkry�a, zerwa�a wyciem
pozosta�ych, by zbadali spraw�. Nie by�o �adnych w�tpliwo�ci co do tego, �e
zostali uwi�zieni i �e czeka ich �mier� przez uduszenie. �ciany kloca, suche
poprzednio i spr�chnia�e, lepi�y si� teraz od s�odkawego syropu, kt�ry skapywa�
na ich cia�a. Rozpocz�� si� w�a�nie proces trawienia! Powalony pie� nie by�
niczym innym jak brzuchem, do kt�rego wle�li bezmy�lnie.
Po tysi�cleciach pr�b brzuchowi�z ca�kowicie poniecha�
wyci�gania po�ywienia z niego�cinnej gleby Ziemi Niczyjej. Zrezygnowa� z korzeni
i przeszed� na sw�j obecny, le��cy tryb �ycia. Udawa� zwalon� k�od�. Jego system
ga��zi i li�ci usamodzielni� si� i przeobrazi� w symbiotyczn� li�ciast� istot�,
kt�r� grupa przep�dzi�a; symbiotyczny tw�r by� r�wnie� skuteczn� przyn�t�
wabi�c� inne istoty do otwartego brzucha swego partnera. Jakkolwiek brzuchowi�z
poprzestawa� zazwyczaj na przedstawicielach flory, mi�so w r�wnym stopniu
zaspokaja�o wymogi jego trawie�ca. Z rado�ci� przyj�� wi�c siedem male�kich
istot ludzkich.
�lizgaj�c si� w obrzydliwym mroku, siedem male�kich istot
ludzkich walczy�o zajadle, atakuj�c no�ami dziwn� ro�lin�. Cokolwiek robili, nie
odnosi�o �adnego skutku. Apetyt brzuchowi�zu wzmaga� si� i lepki deszcz pada�
coraz g�ciej.
- To nic nie da - wydusi�a z siebie Toy. - Odpocznijmy
przez chwil� i spr�bujmy co� wymy�li�.
Przykucn�li na pi�tach ciasno obok siebie. Zbici z tropu,
przera�eni, ot�piali od ciemno�ci nie potrafili zrobi� nic innego. Gren pr�bowa�
wywo�a� w swej pami�ci jaki� po�yteczny obraz. Skupi� si�, ignoruj�c sp�ywaj�ce
mu po plecach paskudztwo. Stara� si� przypomnie� sobie, jak k�oda wygl�da�a z
zewn�trz. Znale�li j�, kiedy szukali miejsca do spania. Wspi�li si� po
pochy�o�ci, obchodz�c podejrzan� �ach� go�ego piachu, i w niskiej trawie na
szczycie stoku natkn�li si� na brzuchowi�z. Jego powierzchnia by�a g�adka... -
Ha! - wykrzykn�� w ciemno��.
- Co to ma znaczy�? - zapyta� Veggy. - Nad czym tak hahasz?
Z�o�ci� si� na nich wszystkich: by� przecie� m�czyzn� czy�
nie nale�a�o go ustrzec przed tym niebezpiecze�stwem i poni�eniem?
- Naprzyjmy wszyscy razem na t� �cian� - powiedzia� Gren. -
W ten spos�b mo�e damy rad� potoczy� k�od�. Veggy prychn�� w ciemno�ci.
- Co nam to da? - zapyta�.
- R�b, co powiedzia�, ty n�dzny robalu! - g�os Toy ocieka�
w�ciek�o�ci�.
Wszyscy wzdrygn�li si�, s�ysz�c ten ostry ton. Tak samo jak
Veggy, Toy nie domy�la�a si�, o co chodzi Grenowi, ale musia�a zachowa�
autorytet.
- Jazda, wszyscy pcha� t� �cian�...
Pozbierali si� do kupy w kleistej mazi, dotykiem
sprawdzaj�c, czy s� obr�ceni w t� sam� stron�.
- Wszyscy gotowi? - spyta�a Toy - Hej, raz! Jeszcze raz! I
jeszcze! Jeszcze!
Stopy ze�lizgiwa�y im si� w lepkim klajstrze, lecz nie
ust�powali. Toy zach�ca�a okrzykami. Brzuchowi�z przekr�ci� si�. Ogarn�o ich
podniecenie. Pchali w euforii, pokrzykuj�c zgodnie. Brzuchowi�z obr�ci� si�
znowu. I jeszcze raz. I dalej ju� bez zatrzymywania. Nagle ich wysi�ek okaza�
si� zbyteczny. Kloc stacza� si� po r�wni pochy�ej si�� ci�ko�ci, tak jak
oczekiwa� Gren. Siedmioro ludzi kozio�kowa�o coraz pr�dzej.
- B�d�cie gotowi wia� przy pierwszej okazji! - zawo�a�
Gren. - Je�li j� b�dziecie mieli. Jest szansa, �e drzewo rozleci si� u st�p
zbocza.
Brzuchowi�z zwolni�, wtaczaj�c si� na piach, a nast�pnie
zatrzyma� si�, gdy stok wyr�wna� do poziomu. Wtedy dopad� go wreszcie jego
partner, owa li�ciasta istota, kt�ra goni�a za k�od� krok w krok. Wskoczy�a na
kloc i zapu�ci�a w szczeliny swe dolne p�dy, ale jej rado�� trwa�a kr�tko. Co�
si� poruszy�o pod piachem. Wylaz�a bia�a, podobna do korzenia macka, za ni�
nast�pna. Wij�c si� na wszystkie strony, natrafi�y na brzuchowi�z. Oplot�y go.
Li�ciasta istota umyka�a ju� co si�, kiedy wyr�s� nad nimi wierzbomord. Wci��
zamkni�ci w �rodku k�ody us�yszeli j�k brzuchowi�zu. - Uwaga, wiejemy! -
wykrzykn�� Gren.
Niewiele stworze� wytrzyma chwyt wierzbomordu. Jego obecna
ofara nie mia�a cienia szansy W u�cisku cumopodobnych macek brzuchowi�z p�k� z
trzaskiem �amanych wr�g. Zgubiony, rozdzierany na wszystkie strony, rozkruszy�
si� jak suchar. W rozpryskach �wiat�a grupa wyskoczy�a na wolno��. Jednej Driff
si� nie powiod�o. Uwi�z�a w zapadni�tym ko�cu k�ody. Krzycza�a i szarpa�a si�
jak szalona; na pr�no. Reszta zatrzyma�a si� w p� drogi do wysokich traw,
ogl�daj�c si� na ni�. Toy z Poyly popatrzy�y na siebie i zawr�ci�y na ratunek.
- Wracajcie, wariatki! - wrzasn�� Gren. - Was te� z�apie!
Nie zwa�aj�c na nic, zapu�ci�y si� w piaszczyst� �ach� i
pobieg�y do Driff. Gren pogna� za nimi w panice.
- Zawracajcie! - krzycza�.
Trzy metry od nich wznosi�o si� olbrzymie cielsko
wierzbomordu. W jego koronie po�yskiwa� grzyb, ciemny, sfa�dowany, dobrze
znajomy Widok by� okropny Gren nie m�g� poj��, jak one potrafi� to wytrzyma�.
Uderzy� Toy, szarpi�c j� i krzycz�c, by pomy�la�a o swojej duszy. Toy nawet si�
nie odwr�ci�a. Razem z Poyly mozoli�a si� nad uwolnieniem Driff tu� przy
dusicielskich bia�ych korzeniach. Noga Drifi zaklinowa�a si� mi�dzy dwiema
rozszczepionymi drzazgami. Wreszcie jedna ust�pi�a i mog�y wywlec Driff.
Chwyci�y j� pod boki i pop�dzi�y, a Gren za nimi, ku wysokiej trawie, w kt�rej
przywarowa�a reszta. Le�eli, ci�ko dysz�c, przez kilka minut. Wysmarowanych
ziemi� ledwo mo�na by�o rozpozna�. Pierwsza usiad�a Toy. Obr�ci�a si� do Grena i
g�osem zimnym od nienawi�ci powiedzia�a:
- Gren, wyganiam ci� z grupy. Odt�d jeste� banit�. Gren a�
podskoczy�, poczu�, �e �zy nap�ywaj� mu do oczu pod ich spojrzeniami. Nie by�o
okrutniejszej kary od wygnania. Rzadko stosowano j� wobec kobiet, chyba nikt nie
s�ysza�, aby zastosowano j� wobec m�czyzny
- Nie mo�esz tego zrobi�! - zawo�a�. - Dlaczego mia�aby�
mnie wygania�?! Nie masz powodu!
- Uderzy�e� mnie - powiedzia�a Toy. - Jestem twoj�
przyw�dczyni�, a jednak uderzy�e� mnie. Pr�bowa�e� przeszkodzi� w ratowaniu
Driff, chcia�e� j� zostawi�, by umar�a. I zawsze chcesz robi� wszystko na sw�j
spos�b. Nie jestem w stanie panowa� nad tob�, wi�c musisz odej��.
Wszyscy pozostali, z wyj�tkiem Driff, stali ju� na nogach z
ustami pootwieranymi z wra�enia.
- To k�amstwa, same k�amstwa!
- Nie, to prawda.
Toy opu�ci�a pewno��, wi�c zwr�ci�a si� do pi�ciu
wpatrzonych w ni� z napi�ciem twarzy.
- Czy to nie jest prawda?
�ciskaj�c obola�� nog�, Driff przytakn�a gorliwie, �e
jest. Podobnie Shree, przyjaci�ka Driff. Veggy i May tylko skin�li w milczeniu
g�owami; poczuwali si� do winy, �e nie po�pieszyli na ratunek Driff, i teraz
nadrabiali to, popieraj�c Toy Jedyny sprzeciw spotka� j� nieoczekiwanie ze
strony jej najbli�szej przyjaci�ki, Poyly
- To nie ma najmniejszego znaczenia, czy to, co m�wisz,
jest prawd�, czy nie - o�wiadczy�a Poyly. - Gdyby nie Gren, byliby�my teraz
martwi we wn�trzu brzuchowi�zu. On nas stamt�d wyratowa� i zas�uguje na nasz�
wdzi�czno��.
- Nie, to wierzbomord nas uratowa� - powiedzia�a Toy. -
Gdyby nie Gren...
- Nie wtr�caj si�, Poyly. Widzia�a�, jak mnie uderzy�. Musi
opu�ci� grup�. Musi odej��.
Kobiety stan�y naprzeciwko siebie z d�o�mi na r�koje�ciach
no�y, policzki p�on�y im w gniewie.
- On jest naszym m�czyzn�. Nie mo�emy go wygna�
powiedzia�a Poyly. - Pleciesz g�upstwa, Toy.
- Zapominasz, �e mamy jeszcze Veggy'ego.
- Wiesz dobrze, �e Veggy ci�gle jest zaledwie dzieckiem
m�czyzn�.
Veggy skoczy� jak oparzony.
- Jestem wystarczaj�co doros�y, aby ci to zrobi�, Poyly, ty
t�u�ciochu - zawo�a�, podskakuj�c dooko�a i wystawiaj�c si� na pokaz. - Zobacz,
jaki jestem, nie gorszy od Grena!
Ale usadzi�y go i powr�ci�y do sporu. Za ich przyk�adem
pozostali r�wnie� podj�li sprzeczk�. Zamilkli, dopiero kiedy Gren rozp�aka� si�
ze z�o�ci.
- G�upcy jeste�cie - krzycza� w�r�d szloch�w - ja wiem, jak
wyj�� z Ziemi Niczyjej, a wy nie wiecie! Jak dokonacie tego beze mnie?!
- Wszystko potrafimy zrobi� bez ciebie - powiedzia�a Toy,
dodaj�c jednak�e:
- Jaki masz plan?
Gren za�mia� si� gorzko.
- �wietna z ciebie przyw�dczyni, Toy! Ty nawet nie wiesz,
gdzie jeste�my. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, �e znajdujemy si� na skraju
Ziemi Niczyjej. Patrz, st�d wida� nasz las.
Wyci�gn�� palec dramatycznym gestem.
nast�pny |